Korwin-Mikke uprawia politykę na tragedii kraju

30 listopada Janusz Korwin-Mikke (to ten z nie do końca bujną czupryną i muchą) zorganizował wielkie palenie flagi Unii Europejskiej w proteście przeciw utraceniu 1 grudnia suwerenności przez Rzeczpospolitą Polskę. Pomijając to, że suwerenność przekazaliśmy Unii Europejskiej na którą mamy ogromny wpływ, chciałbym zwrócić uwagę na pewien szczegół.

W tak smutnym dla całej nacjonalistycznej mniejszości dniu Korwin-Mikke nie zapomina jednak napomknąć dla Rzeczpospolitej o Wolności i Praworządności – tworzonej przez siebie partii. Jego wypowiedź na ten temat znalazła się w artykule Korwin-Mikke pali flagę UE i zakłada partię. Otóż pan Janusz natrafił na różnice zdań z resztą Unii Polityki Realnej, więc postanowił działać na własną rękę.

Moim zdaniem to dość poważnie podważa wiarygodność całego happeningu. Teraz to już nie wiem, jaki był jego cel. Czy chodziło o zwrócenie uwagi na problem utraty suwerenności, czy może jednak o promocję WiPu?

To nie jedyna niejasna kwestia związana z dniem 30 listopada i ostatnich wydarzeń w życiu politycznym Janusza Korwin-Mikkego. W tymże samym artykule pan Janusz mówi:

- Byłem wieloletnim członkiem najpierw Stronnictwa Demokratycznego, potem Unii Polityki Realnej, w tej chwili jest to trzecia partia i chyba ostatnia, w której jestem. Bardzo rzadko zmieniam partię, raz na 20 lat – dodał.

No tak… Co 20 lat jeśli zapomnieć o Platformie Korwin-Mikkego. Chociaż pewnie się czepiam. W końcu WiP to nic innego jak Platforma Korwin-Mikkego po rebranderingu.

Może i Korwin-Mikke nie powiedział nic niestosownego. Jednak mówmy tak, by wątpliwości, co do prawdziwości naszych słów nie było. Nie łatwiej mówić wszędzie i otwarcie, że reaktywuje się starą partię? To przecież wcale nie jest grzech. Rozumiem, że czasem warto coś przemilczeć, by budować pozytywne public relations, jednak w tym przypadku to nie zda egzaminu.

Wszyscy, których jakkolwiek zainteresuje informacja o WiPie pamiętają o Platformie. Jak teraz taki amatorski znawca polskiej sceny politycznej ma zinterpretować newsa? Oczywiście, że Korwin-Mikke kłamie.

Wina za niejasność leży tu po obu stronach tworzących tekst. Winny jest dziennikarz, który o Platformie zapomniał. Powinien był doczytać o niej, skonfrontować informacje o WiPie otrzymane od rozmówcy z danymi wyszukanymi w internecie. Od razu zauważyłby tą niezgodność. Winny jest też Janusz Korwin-Mikke. Tyle lat w przestrzeni publicznej i nadal nie wie, że wszystko należy tłumaczyć dokładnie? Od podstaw?

Ja na szczęście błędu z Rzepy nie powieliłem. Skonfrontowałem informacje z innymi źródłami. Z tego powodu zmieniła mi się teza wpisu. Teraz już nie jest atrakcyjna.

Z Korwin-Mikke kłamie przeszła w Korwin-Mikke wykorzystuje utratę suwerenności ojczyzny do prywatnych celów, nie umie rozmawiać z dziennikarzami, a niektórzy w “Rzeczpospolitej” nie potrafią informować.

Ech… Co mnie podkusiło, żeby sprawdzać prawdziwość doniesień Rzepy?

PS Polecam w internetowym wydaniu Rzeczpospolitej za to dwa miejsca:

1. Cotygodniowy przegląd ramówki telewizyjnej. W tym tygodniu programy i filmy recenzuje… Wanda Chotomska.
2.  Popołudniówka Fotorzepy. Świetne zdjęcia.

Tak krytykuję Rzeczpospolitą, ale to tylko, dlatego, że ją strasznie lubię i z zacięciem obserwuję. Stąd widzę wszystkie błędy i smaczki.

Nie umarła, a wkręciła się w silną bandę

Dzisiaj pierwszy dzień żałoby na…cjonalistycznej. Otóż „jedyni, co to żydowski spisek prześwietlili” płaczą nad losem Polski i będą tak płakać aż do rozpadu Unii Europejskiej. Wszedł w życie traktat lizboński.

Mi na tym pogrzebie jakoś tak strasznie wesoło. Gdy oni stoją nad grobem ojczyzny, ja chichoczę. Jestem patriotą, więc myślą, że to na tle nerwowym.

- Biedak, tak ukochał ojczyznę, że nad jej grobem dostał pomieszania zmysłów… – mówią po sobie prawicowcy.

Ale ja się nie śmieję w smutku. Ja chichoczę z nich, bo to, co biorą za trupa ojczyzny tak naprawdę upozorowało swoje zabójstwo, by pojechać na ostry trening. Po nim nikt już Polsce nie podskoczy. Szczególnie, że należeć będzie do niezłej bandy…

Madmuasell Francja – niby słaba delikatna kobieta, a za młodu opanowała Europę od Hiszpanii, aż Rosję. Ostatnio dostała niezłe manto od Herr Niemiec, ale z pomocą Sir Big Brytania i U.S.A zaleczyła rany i wróciła do najsilniejszych na osiedlu. Ma kupę forsy, mimo problemu z wciąż strajkującymi podwładnymi. Na Moskwę poszła, ale miasta nie zdobyła.

Herr Niemcy – ostatnimi czasy najpierw opanował osiedle, a potem je utracił. Jego zwycięzcy zabrali mu kawał ziemi i zakuli w kajdany. Trzy lata później większość kajdan opadła i Herr Niemcy mógł na długim łańcuchu wrócić do tego, co umie najlepiej – biznes. Szybko podniósł się po porażce. Łańcuch pomogła mu zerwać Polska. Na Moskwę poszli, ale miasta nie zdobyli.

Sir Big Brytania – nigdy nie opanował osiedla, nie wybierał się na Moskwę, ale i nigdy nie został pobity. Z sukcesem za to robił interesy w obcych dzielnicach – Afryce, Azji, Ameryce i Australii. Zawsze zajmował się tym, co Herr Niemcy, wręcz konkurował z nim w biznesie. Niby na uboczu, ale ze zdaniem Sir Biga na osiedlu Europa liczy się każdy.

W takiej grupie Polska ma całkiem niezłe plecy, a nie można też powiedzieć, że wobec trzech tuzów nie ma nic do powiedzenia. Już samo to, że my Moskwę zdobyliśmy stawia nas w dobrym świetle.

Polska, gdyby nie to, że została sprzedana w Jałcie Rosji zapewne dziś byłaby im równa. W końcu wojna wykończyła wszystkich. U nich zaczęła się odbudowa, a u nas budowa – socjalizmu.

Nadgonimy jednak. Jesteśmy silni i kiedyś w tej bandzie będziemy im równi. Już teraz bez naszego poparcia w Europie dzieje się niewiele.

Dobrze, że należymy do Unii. Teraz ma ona zacząć wspólną politykę zagraniczną. Będziemy w końcu mieli siłę w negocjacjach z Rosją, USA i Chinami. Siłę, której nie ma np. Ukraina. Naszymi sąsiadami Rosjanie rozgrywają jak chcą. Dzisiaj gaz jest, jutro nie ma, a pojutrze blokujemy cały wasz eksport i leżycie. Naszemu Lechowi, Donaldowi i Radkowi Wladimir, Dmitrij i Sergiej tak łatwo nie podskoczą. Nicolas patrzy.

HIV – mówmy o tym, ale nie dyskutujmy

W szkole, na wychowaniu do życia w rodzinie na lekcję przyszła nauczycielka…

- To, czego wy jeszcze nie wiecie?
- Wszystko wiemy proszę pani.

A trzeba zauważyć, że lekcja była już w drugim semestrze naszych wspólnych zajęć.

- Hmm… To może HIV? Czegoś nie wiecie?
- Proszę pani! My wszystko wiemy! Nie można dotykać klamek po zarażonych – mówi jeden z uczniów.
- Broń Boże jeść z jednego talerza! – mówi drugi.
- Albo pić z butelki! – dopowiada jego kolega.
- Tak! Tak! Wszystko wiecie. W ogóle to lepiej nie przebywać w pomieszczeniu z osobą zarażoną, bo wirus przenosi się drogą kropelkową – mówi nauczycielka.

W tym momencie cała klasa wybucha śmiechem. Uśmiechy na ich twarzach pojawiały się już od samego początku rozmowy.

Nie rozumiem, dlaczego komukolwiek może przyjść dzisiaj do głowy, by zastanawiać się nad tym, czy może pracować z nosicielem wirusa HIV? A taki temat zaproponował serwis blog.pl. To przecież oczywiste, że może, a ten kto się tego boi jest idiotą, zboczeńcem, albo narkomanem. Bo wątpię, by w biurze czy na budowie ktoś przetaczał sobie krew.

Wirus HIV w pracy w normalnych warunkach, bez łamania norm etycznych nie ma prawa się przenieść na inną osobę. Mówię norm etycznych, bo normy BHP seksu w miejscu pracy z reguły nie omawiają.

Są trzy drogi zarażenia się wirusem HIV:

1. Drogą płciową

Boisz się pracować z osobą mającą HIV? Chyba lubisz szybkie numerki.

2. Wraz z krwią

Tu mamy większe pole do popisu. Ta sama igła w strzykawce i wirus przeniesiony. W końcu nie ma to jak kompocik w pracy. Krew zapewne poleje się także przy mordobiciu, więc jeśli jesteś bokserem – powinieneś się bać. W końcu – krew można przetoczyć. Kiedy ostatnio robiłeś transfuzję krwi w pracy?

3. Od matki

Tu sprawa jest prosta. Jesteś płodem w łonie swojej koleżanki z pracy i ryzyko zakażenia się wirusem jest bardzo wysokie.

Jak widać na powyższych przykładach – praca z nosicielami wirusa HIV jest szalenie niebezpieczna. Na każdym kroku trafiamy na potencjalną drogę zakażenia. W końcu wystarczy być nienarodzonym dzieckiem swojej koleżanki z pracy, by złapać HIV…

O HIV mówmy, by uświadamiać, ale nie dyskutujmy. Dyskusje na ten temat zostawmy lekarzom.

Śpiewaj muezinie, śpiewaj!

Dzisiaj oczywiście… Nie, nie relacja z wyprawy 1 ADW. Chcę poruszyć oburzający wynik referendum w Szwajcarii. Mieszkańcy większej części Alp zdecydowali, że zabronią budowy minaretów – wież, z których muezin nawołuje wiernych na modlitwę w meczecie. Trzeba powiedzieć, że tego nawoływania zabroniono już wcześniej.

Muszę stwierdzić, że takiego kroku nie spodziewałem się po Szwajcarach. Jest to w końcu naród miłujący wolność i równość. Ludzie kultywujący te wartości już w czasach Bismarcka dzisiaj przyjmują tak nietolerancyjne prawo. Dziwi mnie to także dlatego, że Szwajcaria przez lata była, i jest do dzisiaj, ostoją ludzi bez domu, wszelkiej maści imigrantów. Od Włodzimierza Lenina, po Bolesława Prusa.

To smutne, ale coraz częściej sprawdzają się nakreślane przeze mnie już w czerwcu wizje o przyszłym świecie. Nie ma w nim miejsca na jakąkolwiek religię. Ginie podstawowe prawo człowieka – wolność wyznania.

Pod ostatnim wpisem o nietolerancji, podjętym przeze mnie w wyniku sprawy wyroku zakazującego wieszania krzyży we włoskich szkołach, Slawkas zaproponował, by używać terminu przymus afirmacji odmienności. Mi on jednak nie podoba się za bardzo, bo sądzę, że według definicji słownikowych jest to synonim przymusu tolerancji. Taki nakaz z mojego punktu widzenia istnieć powinien. Choć nie tyle prawnie, co społecznie.

Przymus tolerancji nie oddaje moim zdaniem zjawiska, jakie nazywam nadtolerancją. Powtórzę to, co napisałem 4 listopada – nadtolerancja występuje wtedy, gdy w imię tolerancji zakazuje się ujawniania różnic miedzy światopoglądami ludzi. Chodzi tu o sytuację, kiedy przykładowo zamiast powieszenia obok siebie symboli różnych religii zostawia się gołą ścianę. To tak jakby uznać, że jeśli na jakiś temat mamy odmienne poglądy, to należy te tematy przemilczeć. Podążając dalej tym tropem; jeśli ty jesteś biały, a twój kolega czarny to noście maski. Jeśli ty chcesz zjeść mięso, a twoja żona makaron to udawajcie, że jesteście najedzeni. Istna paranoja.

Niech mi muezin o 6 rano śpiewa. Jego głos pięknie wplecie się w dzwony przed porannymi mszami. Powstanie kanon, kanon wielokulturowego miasta. W końcu muezin przeszkadza mi w takim samym stopniu co dzwonnica.

W Polsce budowany jest piąty meczet – w Białymstoku. Nikt nie robi z tego problemu. Bardzo mnie cieszy, że moja ojczyzna ma tak zdrowe podejście do religii. Czemu się jednak dziwić? Muzułmanie, a dokładnie Tatarzy, walczyli już pod Grunwaldem. I bynajmniej nie byli krzyżackim oddziałem poborowych z budek z kebabami w Niemczech, a dobrowolni poddani księcia Witolda.

NETFACTORY – firma z klasą

Miała dzisiaj być relacja z wyprawy 1 ADW, ale wcześniej obiecałem, że napiszę, gdy dostanę jakąś wiadomość z NETFACTORY. Tam pracują nawet w niedzielę!

Dzisiaj o 17:37 przyszła na mojego maila najbardziej niespodziewana i jednocześnie najbardziej oczekiwana wiadomość od Macieja Piaścika z NETFACTORY:

Witam,

Zgłoszenie do konkursu zostało przyjęte!

Trzeba przyznać, że firma naprawdę ma klasę. Zaimponowali mi. Gdyby tak umiał Łukasz Denejko… Chociaż nie, bo gdyby tak umiał, to dzisiaj zapewne mój tato by się nie śmiał przy tekście Kominka o Dr. Oetkerze.

Muszę przyznać, że zobaczywszy wiadomość z NETFACTORY natychmiast pomyślałem:

- Ok. Mają dużo zgłoszeń, pewnie na zasadzie ctrl+f sprawdzili, czy wymagany tekst pojawił się we wpisie i pobiegli na następne blogi.

Jakże byłem zaskoczony, gdy zobaczyłem, że na blogu pojawił się komentarz Piaścika. Komentarz, w którym pan Maciej spełnia wszystkie warunki potrzebne do wybaczenia jego błędu.

1. Przeprosił

Witam, na początek przepraszam tych których treść tekstu konkursowego uraziła – nie miałem takiego zamiaru!

2. Zrobił rachunek sumienia

Z blogami nie miałem do tej pory nigdy do czynienia i rzeczywiście nie czytałem kodeksu Blogerów.

3. Postanowił poprawę

Teraz, gdy widzę, że sam pomysł jest trafiony biorę się za poprawne skonstruowanie całej treści konkursu, porządnego regulaminu itd. Tak, aby wszyscy byli zadowoleni i nikt więcej nie poczuł się urażony.

Ponadto zadośćuczynił za moje straty moralne przyjmując moje zgłoszenie. Jestem szczerze zaskoczony taką postawą.

Pan Maciej bierze się za przeredagowanie treści konkursu, a ja za obserwację for. Karpacz już ruszył, choć brakuje jeszcze postów miejscowych i turystów, którzy już tam byli. Rewal śpi, ale pewnie już niedługo. Zobaczymy, co z tego się wykluje.

Szkoda, że NETFACTORY nie otworzył portalu dotyczącego Suwalszczyzny. Tam na pewno bym się udzielał. Nie jest to jednak tak rozbudowany turystycznie region jak Karpacz czy Rewal. Chociaż… Podejrzewam, że kąpielisk mamy wielokrotnie więcej niż nadmorska gmina, a w ziemie działają nawet dwa wyciągi narciarskie…

Jak panu Owsiakowi krytycy nie powiedzieli nawet złego słowa

Biedny pan Owsiak – krytycy muzyczni go olali. Organizator Przystanku Woodstock jednak nie doszukuje się błędu w swoim działaniu – błąd wytyka krytykom. On lepiej wie, co jest wydarzeniem na skalę światową, a co najmniej ogólnopolską.

Pan Jurek na swoim blogu ubolewa nad takim stanem rzeczy. Jak to? Zignorować tak ważne rockowe wydarzenie? To niedopuszczalne! To nie do uwierzenia!

Problem w tym, że wszystkie superlatywy, w jakie przyozdabia Przystanek Woodstock Jurek Owsiak są stworzone przez niego. Naprawdę – poza Owsiakiem i ewentualnie osobami bawiącymi się na Przystanku nigdzie nie słyszałem o tym wydarzeniu pozytywnego słowa. Wiecznie jakieś suche informacje. A już tym bardziej nie przypominam sobie gwiazdy rocka wypowiadającej się o tej imprezie. Może nie zwróciłem uwagi, ale nie sądzę. Czytam dużo gazet, oglądam telewizję. Nie uważam, że mogłem przegapić np. jakiś wywiad o Przystanku nieprzeprowadzony z Owsiakiem.

Coś mi się wydaje, że pan Jurek popadł w stan, kiedy wierzy w coś, czego nie ma, a co gorsza – coś, co sam wykreował. Kiedy to mówiąc w telewizji o wspaniałej atmosferze panującej na Przystanku, o gwiazdach rocka zjeżdżających się tutaj, o wspaniałych młodych ludziach, o tym, że na imprezie jest inaczej niż głoszą stereotypy to sam zaczął w to wierzyć. Przypomina to sytuację z Baudolina Umberto Eco. Najpierw tytułowy bohater wymyślił sobie mityczną krainę, potem wkręcił cały ówczesny świat, że ona istnieje, a na koniec sam do niej powędrował.

Jednak panu Owsiakowi trzeba oddać szacunek. Nie chce, by o Przystanku Woodstock pisać jedynie dobrze. Pan Jurek dobrotliwie pozwala też pisać źle! Jednak czy przypadkiem nie chodzi o przypadek, kiedy to nie ważne, co mówią, ważne, że mówią?

Ale o czym ja tu piszę. Przecież i tak jadę do Lednicy. O Kostrzyn nawet nie zahaczę.

Panie Jurku – do zobaczenia na WOŚP. Tej imprezy nikt nie oleje. Łącznie ze mną.

Kodeks Blogera naprawdę jest przydatny

A myślałem, że tego tematu nie podejmę. Jaki los bywa przewrotny… O Kodeksie Blogera słów kilka w kontekście jego łamania.

Polityczna poprawność włączona. Ja nie jestem Kominkiem, by się niepotrzebnie narażać. Mam trochę mniejsze branduolys jak mawiają etniczni sąsiedzi.

Polityczną poprawność włączyłem, by napisać o pewnej firmie (a przy okazji utrzeć jej nosa), której pracownicy wykazali się niezdarnością logistyczną (i tu właśnie przydałoby się niezbyt kulturalne określenie). Firmą tą jest netfactory.pl – firma zajmująca się tworzeniem i promocją stron www.

Otóż firma ta zaproponowała blogerom nieciekawy konkurs. W zamian za możliwość wylosowania dwudniowego pobytu w jednym z hoteli, do notki na swoim blogu należy wkleić taki oto tekst:

Wszystkim poszukiwaczom nagród, polecam odwiedzenie strony miejscowości Karpacz oraz Rewal. Jest tam forum gdzie za napisanie jednego posta można wygrywać cenne nagrody!!!

No jasne. Hello, I’m blogger and I don’t have any brain! Please, tell me how can I write! Sorry bardzo, ale jako odbiorca konkursu poczułem, że ktoś ma mnie za upośledzonego. Takie rzeczy wyczuwam, bo często spotykam się z taką opinią na swój temat na mieście. Jednak wtedy zawsze wiem, z czego to wynika, a tutaj? Tutaj ktoś na starcie zrobił ze mnie durnia.

Firma o wiele lepiej by wypadła, gdyby osobiście pisała do wybranych blogerów w ten deseń:

Witaj

Otworzyliśmy fora w naszych serwisach służących rezerwacji noclegów w polskich kurortach. Chcemy rozpropagować te fora. Zajmujesz się bliską nam tematyką – może rzucisz okiem i ocenisz je?

Jeśli chciałbyś podaj nam swoje dane adresowe, a chętnie prześlemy ci kilka materiałów promocyjnych i firmowe gadżety.

Pozdrawiam

XYZ

Dlaczego takie rozwiązanie jest lepsze?

1. Firma nie podejmuje ryzyka niepochlebnej opinii i antyreklamy jak ten tekst
2. Nagrody są o wiele tańsze

Ponadto, w takim wypadku mamy jeszcze możliwość rozwijania akcji promocyjnej. Spośród opublikowanych tekstów wystarczy rozlosować ten dwudniowy nocleg. Co wtedy otrzymujemy? Piszemy do blogera, że wręczamy mu taką o to nagrodę i wspominamy o kolejnych losowaniach, a on:

1. Szczęśliwy i uradowany niespodzianką pisze na blogu kolejną pochlebną notkę.
2. Kończy ją informacją o możliwości kolejnych losowań.
3. Tym samym powoduje rozniesienie się wieści o możliwej nagrodzie i oddolne powstawanie kolejnych notek o forach.

Machina sama się napędza – bez ryzyka takich tekstów jak ten mój.

I wreszcie gwóźdź programu – Kodeks Blogerów, którego treści obsługa NETFACTORY najwyraźniej nigdy nie poznała:

7. Niezależność i uczciwość

Bloger sam decyduje o tym, czy opublikuje nadesłaną informację oraz o sposobie i kontekście, w jakim ją zaprezentuje. Bloger nie powinien jednak manipulować informacjami.

W przypadku współpracy komercyjnej, Firma nigdy nie powinna wpływać na treść opinii i materiałów umieszczanych przez Blogera na jego blogu.

8. Pozostaw dowolność ale reaguj

Firma nie może ingerować w treść opublikowanej przez Blogera notki. Jednak w przypadku, gdy Bloger podał w notce informacje niezgodne z prawdą, Firma ma prawo do przedstawienia swojego stanowiska w odpowiedzi na wpis Blogera. Bloger nigdy nie powinien usuwać z bloga wypowiedzi Firmy, której wpis dotyczy.

Z obu punktów firma nie naruszyła tylko jednej części – bloger nadal decyduje o tym, czy opublikuje informację. Trochę mało.

Firmie trzeba utrzeć nosa. Przeczytałem dokładnie regulamin (można zasady konkursu tak nazwać?), spełniłem wszystkie wymagania. Publikuję notkę i wysyłam maila ze zgłoszeniem do konkursu. Ciekaw jestem reakcji – będą naciskać na usunięcie wpisu? Uznają, że nie ważne jak się mówi, byle się mówiło? Dopuszczą do losowania czy złamią ustalone przez siebie zasady i wpis nie zostanie wzięty pod uwagę?

Na pewno o tym napiszę.

“Fantazje urzędnika, czyli Second Life” – niepochlebna recenzja

Oglądnąłem wreszcie pierwszy spektakl internetowy jak swoje dzieło nazywają twórcy „Fantazji urzędnika, czyli Second Life”. Z trudem to zrobiłem, bo przebrnięcie przez prawie 35 minut spektaklu było naprawdę poważnym wysiłkiem. Przełknąłem jednak byle jaką fabułę i wytężyłem słuch, by zrozumieć dialogi. Perspektywa napisania recenzji była zbyt atrakcyjna.

Zacznijmy od tego, że choć spektakl mi się nie podobał i raczej nie zauważyłem w nim innej zalety ponad to, że był świetnie rozreklamowany, to nie mogę go skrytykować od góry do dołu. Na dzieło grupy Teatr.Psyche trzeba spojrzeć łagodniejszym okiem. W końcu „Fantazje urzędnika” są dziełem amatorskim.

Zacznijmy od fabuły. Cała historia reklamowana wcześniej jako historia urzędników, którzy po pracy robią make up nieboszczykom i inne dziwne rzeczy… właściwie zmieściła się w tym krótkim zdaniu. Nie mam zielonego pojęcia, po co ją dalej rozwijano. Na make upie nieboszczykowi się skończyło. Grupa urzędników siedzi za biurkami, rozmawiają o rzeczach całkowicie niezwiązanych z pracą, narzekają na petentów, a to wszystko jest przerywane krótkimi opowieściami o tym, co bohaterowie robią po pracy. To wszystko jest w sposób nienaturalny niepowiązane ze sobą.

Nazywanie swojego dzieła spektaklem zobowiązuje. Chciałbym zobaczyć coś, co mnie poruszy, skłoni do refleksji, a zobaczyłem nudny film. Od spektaklu wymagam poruszenia jakiegoś społecznego problemu (tego też spodziewałem się po „Fantazjach urzędnika”), a nie opowieści o tym, co po godzinach robią bohaterowie. Wszystko jest dobrze. Ich zajęcia nie kolidują z pracą, nie mają na nią wpływu. Po co więc o tym mówić? W połowie spektaklu naiwnie zastanawiałem się, jaki ta historia przekazuje morał. Nie przekazała żadnego. Ja przynajmniej go nie zauważyłem w tym, że bohaterowie w strojach, w jakich wykonują swoje zajęcia spotkali się w sali konferencyjnej. Większe walory edukacyjne przedstawia już „Trzymajmy się planu” Grupy Filmowej SAJGON.

Co zmienia Internet? Czy pozwala odkryć ukryte schematy? Otwiera oczy czy też zamydla sytuację?” – takie pytania twórcy spektaklu chcieli zadać widzom. Chcieli pokazać, że internet jest miejscem drugiego życia. Moim zdaniem nie wyszło im to. Spektakl po prostu nie ma zakończenia. Momentu, w którym rzeczywistość wirtualna przetnie się z tą realną codziennością biurową. W spektaklu mamy historię ośmiu ludzi, z której nic nie wynika. Lepiej by było, gdyby bohaterów było mniej, ale w zamian za to działoby się coś z nimi.

Największą wadą spektaklu jest jednak udźwiękowienie. Jest ono tragicznym połączeniem profesjonalnego sprzętu z amatorską obsługą. To słychać. Jak inaczej wytłumaczyć, że w scenach w biurze dźwięk dochodzi tylko z jednego głośnika? To nie jest kwestia czepialstwa. Naprawdę, biorę pod uwagę, że wszystko zostało zrealizowane przy niskim budżecie, że w grupie nie ma profesjonalnego dźwiękowca (choć kto wie?). Nie żądam usuwania szumów otoczenia czy przyciszania kroków, jednak chciałbym, po prostu, móc wyraźnie usłyszeć dialogi i monologi. Inne dostępne na YouTube dłuższe dzieła amatorskie jakoś sobie z tym radzą.

Ponadto montaż ma widoczne uchybienia, ale to nie wpływa znacząco na odbiór spektaklu, więc tą kwestię wypada mi przemilczeć.

Pomysł na spektakl internetowy bardzo mnie zaciekawił. Ciekawiło mnie, jak grupa Teatr.Psyche rozwinie to zagadnienie, jakie treści przekaże widzom. Do mnie nie dotarło nic. Może jestem za głupi, lub spektakl jest za mądry?

Róbcie szum, może nie zauważą jak podpowiadamy

Skąd ta burza medialna wokół zmiany konstytucji? Niby znam powód, ale za nim stoi kolejny – sensowniejszy. Grzebiąc dalej wreszcie docieramy do momentu, w którym okazuje się, że jest to zwyczajny szum medialny. W myśl zasady klasa hałasuje, a ja podpowiadam.

„Ja wolę system kanclerski! Ja prezydencki! Władza dla premiera! Nie dla prezydenta!”. Ech… I po co te przepychanki. Według mnie jest dobrze tak jak jest, choć wszyscy w koło wpierają, że potrzeba zmian. Czasem wydaje mi się, że ludzie po prostu boją się powiedzieć, że jest dobrze. Jeśli jest dobrze to, co można na ten temat powiedzieć?

Niewiele: „Jest ok”, „Podoba mi się aktualny system”, „Sądzę, że obecne rozwiązania konstytucyjne są optymalne”. Do tego jedno-dwu zdaniowe uzasadnienie i temat się wyczerpuje. Tak niestety być nie może. Gdzie ja się popiszę swoją wiedzą o polityce, elokwencją?! Zgodzić się na utrzymanie status quo to jak dobrowolnie wyłączyć się z debaty publicznej. Minus 10 z lansu jak mawia pokolenie MMORPG.

Przecież system z dwoma organami władzy wykonawczej jest niemal idealny. Już starożytni demokraci nie byli tak głupi, by władzę oddawać jednej osobie. Mamy zresztą klasyczny przykład na to, co się dzieje, gdy jednostka może zbyt wiele. Juliusz Cezar – dyktatorem został obrany na 10 lat (choć mógł tylko na 6 miesiecy), a zasiedział się na stanowisku tyle, że po nim musiał je przejąć, już jako cezar, jego syn, wnuk, prawnuk (adoptowani, ale jednak) i tak przez ponad 200 lat (kiedy to wymyślili, że nie ma co udawać, że ktoś oprócz nich ma władzę i zlikwidowali senat). Świetlana przyszłość.

Pominąwszy jednak to, że system jest dobry, to w pomyśle Tuska mamy klasyczne manipulowanie masami. Cała Polska emocjonuje się planami Tuska próbując wybrać między systemem kanclerskim, a już dawno proponowanym przez Prawo i Sprawiedliwość systemem prezydenckim. Politycy sprytnie podzielili Polaków na dwa obozy. Jak wiadomo, gdzie są tylko dwa przeciwne poglądy, tam żaden nie ustąpi. Zarówno jedni jak i drudzy są bardzo liczni. Tak nakręca się debata publiczna z pominięciem sił o słabszym głosie w mediach. Ci, którzy są niezdolni do indywidualizmu przechodzą do jednego z dwóch obozów, by czuć, że są w stadzie, wśród swoich. Mniej więcej w ten sposób PiS i PO wygrywają od lat wybory. Nic nie robią. Wystarczy, że stawiają wyborcę przed „koniecznością” wybrania jednej z dwóch opcji.

Jednak w końcu dochodzimy do sedna całej burzy medialnej. Jak zauważa Leszek Miller przytaczany przez Obserwatora Tusk zapewne nie chce zmieniać konstytucji, ale na rękę mu jest, by o tym mówić. Biorąc pod uwagę to, że dzisiaj przesłuchiwano Boniego i Kapicę, to jest to ruch całkiem logiczny.

Linia asymetrii

Cały ranek relacjonowałem na Blipie wędrówkę 1 Antyharcerskiej Drużyny Wędrowniczej na trasie: Biedronka-dalej_się_zobaczy-wpadniem_do_znajomych-może_kto_podrzuci-jak_nie_to_gnojownia. Ogólnie muszę powiedzieć, że jak na 1 ADW było nudno, choć w perspektywie codziennego dnia lub, co gorsza, dnia na mieście, było świetnie. Jednak nie wydarzyło się nic, co można nazwać jakąkolwiek przygodą i opowiedzieć jako anegdotę na imieninach cioci. Stąd też dziwny tytuł – z braku lepszego.

Zacznę od powiedzenia, dlaczego było nudno. A dlatego, że:
1. Nikt nie wpadł do rzeki, nie padł w błoto, nie wlazł w krowi placek (dotychczas było to normą).
2. Nie zgubiliśmy się.
3. Znaleźliśmy tylko jedno nowe, ciekawe miejsce. Jednak i z tym można polemizować.
4. Nie zrobiliśmy z siebie głupków przed nikim (chyba…).

A teraz chronologiczna opowieść.

Maniek wczoraj powiedział, że mam u niego się stawić o 7:00. Oczywiście uznałem, że oszalał i poinformowałem go, że o 7:00 to ja mogę wstać. Źle mu powiedziałem, bo nie mogłem wstać. Na szczęście brat skutecznie metodą ciągnij_za_syrę-piszcz_do_ucha postawił mnie do pionu dopełniając dzieła budzika.

Miałem mu wysłać zgłoszenie do jakiegoś konkursu. Tak naprawdę mama mnie prosiła, bo zgłoszenie owszem, można wysłać, ale do comiesięcznego otrzymywania paczki za pobraniem (ponad 20 zł). Z tego to powodu wytłumaczyliśmy mu, że to loteria, zgłoszenia wysyła się mailem, a losowanie jest w lutym. Dobrze, że nie umie czytać.

Wysyłając maila, przeczytałem swoje – nawarstwiło się trochę przez te 2 dni ograniczonej aktywności. Rzuciłem okiem na trzy od dawna oczekiwane maile (w tym jeden z informacjami lekko nieświeżymi) i oddałem komputer bratu. Okazało się jednak, że mama strasznie ciekawa jest treści jednego z nich (marudziła, że za mało, stąd muszę się doinformować), więc musiałem wynegocjować z bratem ponowny dostęp do skrzynki, przeczytać, zanalizować i opowiedzieć kochanej rodzicielce. Ostatecznie wyszedłem, krótko przed 8:00. Wychodziłem godzinę, mimo, że cała moja toaleta polegała na umyciu zębów i przyklepaniu włosków. Pryszcze jeszcze nie wyskoczyły.

Na miejscu zbiórki była już cała reszta 1 ADW. Przyszedł czas na zakupy w Biedronce – taki drużynowy rytuał. Tylko ja miałem kasę… Już nie mam!

Zaopatrzywszy się w Colę Original, ciastka Pa Ruskie (mylnie podpisywane jako Paryskie) i czekoladę z orzechami, którą, nie wiem czemu, pakują tak, że z zewnątrz widać orzechy, a nie wzorek z tabliczki ruszyliśmy w kierunku Fabryki Mebli. Pod murami tego budynku (pisanego wielkimi ze względu na to, że to już właściwie nazwa własna) obmyślaliśmy event, rozważaliśmy egzystencję zająca i przekazywaliśmy sobie informacje na temat swoich rodzin (gdyby się skupić, to drzewo genealogiczne rodziny Mańka trzy pokolenia wstecz bym narysował).
No dobrze, ale już się nie rozdrabniając – torami i walącymi się barakami dotarliśmy do końca miasta. Tam Maniek zobaczył, że zaorano pole, które przez lata leżało odłogiem. Chwycił, więc za swój wykrywacz metalu i popędził po błocie. Mnie niestety (a może i stety biorąc pod uwagą koszta) wykrywanie całkowicie nie interesuje, choć nie powiem, że niektóre znaleziska Maniutka mnie nie ciekawią. Chwyciłem więc komórkę, wlazłem na górę i strzeliłem kilka fotek wrzucając dwie na Blipa.

Ogólnie w miejscu tym jest dość duży pagórek. Podchodząc pod niego widzimy tablicę kończącą Suwałki, zaś schodząc mijamy rozpoczynającą Małą Hutę. Nie dajmy się jednak zwieść nazwie. Z widoku z góry na obie miejscowości związki z krakowską Nową Hutą można przypisać Suwałkom. Podczas gdy po drodze do Małej Huty leży jedna z dwóch najbardziej uprzemysłowionych dzielnic miasta, to widok na samą wieś o wiele bardziej pasuje do Zielonych Płuc Polski. To miejsce nazwaliśmy dzisiaj linia asymetrii, bo pagórki rzeczywiście układają się w linii prostej i ciągną się dość długo jak na Suwalszczyznę.

Maniek obiecał mi pokazać miejsce z lepszym widokiem na wieś. Idąc machał sobie wykrywaczem, gdy niechcący natrafił na coś w ziemi. Wykopał guzik z kompanii pod dowództwem kogoś z rodziny cara. Jak mi wyjaśnił – wojskowi pod dowództwem kogoś z Romanowów mieli inne guziki. Takie właśnie znaleziska mnie interesują!

Guziczek

Przeszliśmy przez ścisłą wieś przy muzyce Akcentu lecącej z mojej komórki. Za zabudowaniami skręciliśmy, by Maniek sprawdził wąski, zaorany pas. Chwila minie i sprawdzi – myślę. A gdzieżby tam! Pas się skończył – zaczął się drugi, z drogi niewidoczny, bo zakryty drzewami. Ten prowadził do dużego pola, a ono do kolejnego pola. Łącznie wszystkiego jest tam, na oko, z 6 hektarów. Raj dla poszukiwaczy. Maniek znalazł kolejną rosyjską rzecz, ale i ja znalazłem coś ruskiego. Maniek znalazł carskie, ja już radzieckie. Maniek znalazł monetę bitą w roku powstania styczniowego, ja telewizor w częściach. Ale byłem z siebie dumny! Pobiłem Mańka w wyszukiwaniu fantów! Szkoda tylko, że kineskopu nie było, a sklejkowa obudowa przegniła.Telewizor

Co ciekawsze, między dwoma dużymi polami ktoś ustawił stolik, ławeczkę. Nawet śmietnik jest, choć pewnie etnograf jakby zobaczył co zrobiono z kufrem to by zawału dostał. Jest i oczko wodne wielkości wanny znajomej Mańka i ma nawet pomost!

Wymieniwszy kilka smsów z mamą, którą musiałem zapewnić, że nie ciągnę telewizora ze sobą (gdybym był rowerem, to bym to rozważał) dotarliśmy na dość duże, znajome pole. Któregoś razu nie mogąc wyjść na drogę biegaliśmy po nim. Teraz nie jest już obsiane, więc chodziliśmy całkiem swobodnie.

Miejsce pola – na górze, powyżej drzewostanu, między dużymi skupiskami leśnymi nad Kamionką (och jak zimną wodę ma w kwietniu, ale w tym roku wykąpię się w niej w marcu) i jeziorem Koleśnym, a Nową Wsią – spowodowało, że służba leśna ustawiła tu wieżę obserwacyjną. Obserwują z niej, w okresach suszy, czy las się nie pali.

Maniek znowu chodził ze swoim wykrywaczem, więc ja zacząłem obchodzić pole w celu znalezienia czegoś ciekawego. Nic nie widziałem poza dwiema sarnami, które na mój widok pierzchły na grunt po orce. Jaka szkoda, że widzieliśmy je jedynie przez ten czas, gdy zatrzymując się przemierzały 250 metrowy odcinek pola!

Gwoli dygresji – akurat sarny są trudne do obserwacji. Mieszkając od dziecka na Suwalszczyźnie tylko raz lepiej przypatrzyłem się temu wcale nie małemu zwierzęciu. Są mnogie, ale strasznie prędkie. Łatwiejsze do obserwacji są np. łosie. Wiosną zabieram 1 ADW na wypatrzoną przez mnie w październiku pozycję do obserwacji tych zwierząt. Niestety – na razie nie mam roweru.

Ale wracając do saren. Powędrowałem przez pole w kierunku, w którym uciekły. Tak, tak, dogoniłem je, złapałem za nogę. Noga grzęzła w ziemi do połowy buta. Ostatecznie dotarłem do wieży obserwacyjnej, na którą się wspiąłem. Stabilna konstrukcja, 4 metrowe bale, na których stoi odchylają się tylko o 5, góra 10 stopni od pionu. Saren z góry nie dojrzałem, ale za to okazało się, że świetnie widać stąd Park Wiatrowy Suwałki.
Wtedy zdarzył się cud. Włączam aparat, patrzę na ekran, a wiatraków… Nie ma! Patrzę w lufcik gołym okiem – są. Dawid Cooperfield przy moim Lumixie to jakiś tani iluzjonista dla dzieci. Dawid sprawia, że znikają pociągi, Lumix sprawia, że ginie najwyższy park wiatrowy w Polsce. Sfotografowałem za to, jak leśnicy sprawdzają, czy nie ma w pobliżu dymu.

Palenie

Właściwie to mogę już przejść do Nowej Wsi. Jedynym ciekawszym wydarzeniem po drodze było to, że Maniek znalazł całkiem dobrą latarkę. Wieczorem mnie poinformował, że nawet działa. Kobyła niestety mimo moich usilnych prowokacji olała mnie. A pyrkałem na nią i ichacha wołałem. Nic. Chyba zostanę, przy kobietach z gatunku homo sapiens.Pole, pole...

W Nowej Wsi spotkaliśmy się z kolegą. Pobiegaliśmy trochę po lesie i znalazłszy pod ściółką dziesiątki dzikich wysypisk śmieci pożegnaliśmy się. Wyruszyliśmy w kierunku Suwałk, ale zaraz przyjechał po nas tata Mańka. Ogólnie jak widać – wyprawa nudna. Może i są smaczki, ale nie ma przygody. Szkoda. Nadrobimy, następny weekend też mam wolny. Tym razem na pewno będzie się działo…

PS. Kilka zdjęć jeszcze powinienem tu wrzucić, ale słabo wyszły. Z drugiego aparatu może poszło lepiej. W ciągu najbliższego tygodnia będę aktualizował wpis.